sobota, 21 maja 2016

Peklo Severu 2016: #3 GEMA XC Hrádek

Pisząc tego posta w dalszym ciągu trzyma mnie euforia po minionym weekendzie, co prawda w poniedziałek chodziłem pół dnia do tyłu, ale taka jest kolej rzeczy.
Musze powiedzieć, że imprezy w Czechach mają swoisty klimat. Bywałem tam jako kibic, teraz drugi raz jako zawodnik i stwierdzam, że oni po prostu to czują. Sama otoczka wyścigu jest pozbawiona zbędnych dmuchanych balonów, a najważniejsza tam jest trasa i sami zawodnicy i przez to widać, że ci ludzie tym żyją! Nie ma podziału na licencje i amatorów i nikt do nikogo nie ma pretensji, że przyjeżdża koleś (Krystian Hynek), który jeździ na poziomie...zwycięzcy Cape Epic.

Przejdźmy do konkretów: wyścig dzieci w wieku 7-9 lat przyciągnął na start sporo uczestników pomimo znów fatalnej pogody. Silny wiatr, 7 stopni i opady deszczu. Od razu z synem zapoznaliśmy się z trasą, która nie była łatwa...dość długi podjazd i zjazd po łące, co ciekawe już po niemieckiej stronie:)
Igi zaczął dobrze i trzymał równe tempo, zajął 7. miejsce wśród chłopców. Wyścig trwał 10 minut, co dla takich dzieci na pewno było wyczerpujące.
W tym czasie mama- Kasia, była zapoznać się trasą, która jak się okazało nie jest najłatwiejsza. Ja musiałem odłożyć objazd trasy na później, po wyścigu kobiet. Pogoda w dalszym ciągu nie rozpieszczała, tuż po starcie kobiet mocniej się rozpadało, ale na szczęście na niedługo. Jak widziałem Kasia ruszyła mocno i już na rundzie rozbiegowej zostawiła swoje rywalki w tyle, mówimy tu o kategorii kobiet- 36 lat i starsze. Runda rozbiegowa prowadziła na szczyt Hradk'a  (429 m n.p.m.) gdzie znajdował się malowniczy zameczek. Tuż po osiągnięciu linii mety zaczynała się runda, która od razu prowadziła ostro w dół!


Zjazdy były dość techniczne, w sumie przypominające te na mojej rundzie, a Kasia doskonale sobie z nimi poradziła i osiągnęła dość sporą przewagę, którą bezpiecznie dowiozła do mety. Cieszy takie zwycięstwo:)
Zmęczony bieganiem i kibicowaniem na trasie, szybko przebrałem się i objechałem trasę. Wyścig mężczyzn miał dodatkowo jeden podjazd o wymownej nazwie: "TYRAN". Było dość ostro pod górę, ale na szczęście gęsty las zatrzymywał opady deszczu i nie było problemów z przyczepnością.
Ujechany Tyranem, przeszedłem do sekcji prowadzących w dół. Przyznam się szczerze, że sekcje nazwaną Matesana (jak się dowiedziałem nazwa pochodzi od lokalnego zawodnika DH) zaliczyłem za trzecim podejściem:) Reszta trasy była łatwiejsza, ale nie łatwa. Podjazdy były siłowe i co najważniejsze, wszystkie przeszkody na trasie były naturalne!
Tuż przed moim startem pogoda znacznie się poprawiła, ponieważ wyszło słońce, które dość mocno przygrzewało. Niestety start mocno się opóźnił przez co tuż po starcie był ogromny zapiek, "nóżki" ostygły, a wjazd pod Hradka był mocny. Jak się okazało, byłem ostatnim zawodnikiem, który rozpoczął 1 okrążenie, ale na pierwszym zjeździe był potężny korek przez co doszedłem czołówkę:)
Przez zapiek w nogach stwierdziłem, że jadę swoje i nie będę szalał, bo trasa nie należała do łatwych i nie chciałem się spalić. I tak przejechałem za kolegą Robertem z BRT Wrocław ( który podobnie jak ja jest uparty i woli jeździć cross-counrty) większość pierwszej rundy. Na Tyranie go wyprzedziłem i kolejnym celem był jeden zawodnik przede mną. Tyran robił robotę, a jeszcze lepszą kibice przed szczytem, którzy częstowali mnie piwem! Po osiągnięciu szczytu znów zjeżdżało się w dół. Dopiero na trzeciej rundzie zawodnik przede mną okazał swoją słabość i tuż przed wjazdem na ostatnie moje okrążenie wyprzedziłem go,by na zjazdach jechać pierwszy. Opłaciło się wydobyć resztki sił i zaatakować, bo taką pozycję dowiozłem do mety. Tym razem nie byłem ostatni, chociaż i tak nie miało to dla mnie znaczenia, byłem potwornie zmęczony, a to wszystko rekompensował doping kibiców, jak i żony i syna oraz przyjaciół na trasie. Pomimo dubla jak zwykle czułem euforie z pokonanej trasy, tym razem ja byłem zwycięzcą, bo czułem się dobrze, noga kręciła i o to w tym wszystkim chodzi, by mierzyć siły na zamiary i nie oczekiwać zbyt wiele, bo w tym sporcie szybko można zejść na ziemię!
Bo dekoracji, gdzie żona Kasia stanęła po 13 latach znów na pierwszym stopniu podium udaliśmy się do domu. 
Podsumowując napiszę tylko tyle, że już nie mogę się doczekać kolejnego wyścigu w Czechach!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz