Nie było trenażera. Nie było „bezpiecznych” watów w cieple czterech ścian. Były za to kilometry na szutrach, polnych duktach. Na przełajowym Specialized Crux.
I to on zrobił robotę jak co rok o tej porze roku.
Mróz szczypiący w twarz, zmarznięte palce, czasem błoto, czasem ubity śnieg, czasem walka z wiatrem na otwartej przestrzeni.
Crux był idealny na te warunki — szybki, sztywny, bez zbędnych kompromisów. Uczył płynności, kadencji, równej pracy przez długie godziny.
Gravelowe szutry budowały bazę. Wytrzymałość., mental.
I wiedziałem, że sama baza nie wystarczy.





