środa, 19 lipca 2017

Mistrzostwa Polski MTB 2017

fot. Jacek Głowacki
Wyjazd na docelową imprezę roku, czyli Mistrzostwa Polski MTB XCO potraktowałem jako krótkie wakacje połączone z rodzinnym zwiedzaniem stolicy, w której to po raz w drugi w historii polskiego MTB zorganizowano tą imprezę. W sumie była to dość ciekawa perspektywa mając w pamięci  ostatnią wizytę w W-wie 30 lat temu. Były to moje trzecie mistrzostwa, w których startowałem oraz szóste na których po prostu byłem.



Wyścigi o koszulkę z orłem na piersi miały się rozegrać na Wzgórzu Trzech Szczytów, na warszawskim Ursynowie, zwanym potocznie Kazurką. Oglądając postępy prac na trasie w necie miałem nadzieję, że będzie gotowa na czas. Wśród polskich organizatorów imprez da się zauważyć trend budowania tras na ostatnią chwilę. Z doświadczenia wiem, że nie jest to zbyt dobre rozwiązanie, ponieważ pewne sekcje potrzebują po prostu czasu by "działały". Tak samo było na Kazoorze. Doceniam  trud ludzi, którzy to budowali, ale atmosfera przed zawodami, szczególnie tymi, które mnie interesowały - piątkowymi była napięta. Organizatorzy apelowali do nie jeżdżenia zaraz po opadach deszczu. Teraz z perspektywy czasu myślę, sobie, ze gdyby opady deszczu nas dojechały było by to najcięższe XC w którym brałem udział. Na całe szczęście trasa przeschła i po 19-ej wraz z ekipą dokonaliśmy objazdu rundy.
Prawda jest taka, że trasa nie odpowiadała  mi, ale takich rzeczy się nie wybiera i podejmuje się takie wyzwanie i bierze udział, albo spuszcza głowę i jedzie do domu.
Po przejechaniu pełnej rundy wiedziałem, ze szału nie będzie ponieważ nie lubię sztucznych tras, a przede wszystkim stromych podjazdów, które królowały na rundzie. Całość rundy pokonałem dość płynnie, pomijając fakt, że na pierwszy podjazd ledwo się wtoczyłem, a jeśli chodzi o elementy techniczne to jedynie na belkach miałem na drugiej rundzie problem. Rock garden po opadach deszczu był dla mnie średnio przejezdny, więc w połowie sekcji stanąłem. Gdybym miał porównywać trasy mistrzostw na których się ścigałem, tą ustawiłbym ją w środku: Gielniów, Warszawa, Żerków.


Race day. Założenie na wyścig było jedno. Utrzymać się na trasie jak najdłużej. Na 26 rywali na linii startu powiedzmy, że dwóch było tylko w zasięgu: Tedzik i Paweł. Do pokonania mieliśmy pięć rund. Byłem świadomy, że może być ciężko zrobić trzy, bo niestety zasada 80% jest bezlitosna dla back markerów.
Start. Full gas i oczywiście zamykam ogon. Przede mną Paweł, a następnie Tedzik. Myślę, sobie - mam jeszcze czas, przed nami najgorszy podjazd, który może zbombardować jak Niemcy Warszawę w 39-tym. Tak też było. Na początkowych metrach podjazdu, Paweł zerwał łańcuch i jego plan #mpbezdubla legł w gruzach jak stolica po bombardowaniu. Szkoda mi się go
zrobiło, bo jednak chłopak bardzo się zaangażował w przygotowania do tego wyścigu. Natomiast Tedzik był parę metrów przede mną, a ja już ledwo jechałem. Na szczycie złapałem oddech i puściłem się w dół. Mając przykre doświadczenie z objazdu rundy znacząco zwolniłem na belkach.
fot. Mateusz Pihulak
 Chwilę płaskiego i gaz...Ciągle gaz, ale nie mogłem nawiązać z nikim walki, bo nikogo już nie był w zasięgu. Gdy tak sobie jechałem, dogoniła mnie kategoria cyklosport, taka  "amatorska" elita, która wcale wolniej nie jedzie. Na rock gardenie jeden z zawodników się zatrzepał i musiałem zejść i pokonać sekcję z buta. Wjazd na drugie kółko, które okazało się moim ostatnim, pokonywałem już samotnie. Nie było w sumie dla mnie miejsca na trasie, gdzie poczułbym flow, tak jak to miało miejsce na przykład w Wałbrzychu, gdzie runda wcale nie jest łatwa, ale tak jak wspomniałem, każda trasa jest inna. Wg. stravy pewne sekcje na drugiej rundzie pokonałem szybciej, ale nie uchroniło mnie to przed zakończeniem wyścigu po drugim kółku. Sędzia wyskoczył zza banneru jak SS-man na łapance i skierował mnie poza barierki. Było mi przykro, że moja przygoda z MP zakończyła się bardzo szybko. Tedzik jeszcze walczył, ale tylko o rundę więcej.


Podsumowując mogę rzec jedno. Dużo wody w Wiśle upłynie zanim zawodnicy na moim poziome zdecydują się na start w MP, do tego czasu nie nawiążę walki z innymi zawodnikami. Znam swój poziom i po prostu pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Mając na uwadze, to, że na Pucharze Polski Masters w Wałbrzychu, czy Pniewach 5-6 zawodników zostawiałem w tyle, myślałem, że będzie inaczej, jednak prawda jest bolesna. I w tym miejscu pojawia się dylemat, który pojawił się oglądając wyścig amatorów. Czy jechać z licencją i ścigać się jak facet czy jechać w wyścigu amatorów, za który organizator kazał sobie słono płacić i walczyć powiedzmy o TOP 10? Z drugiej strony licencja pozwala mi na start w przełajach i innych imprezach MTB- nie koniecznie w Pucharze Polski masters, gdzie nie jest do końca weryfikowana.



Na odpowiedź zostawię sobie jeszcze czas, bo czuję się amatorem, bo przecież zawodowo sprzedaję cukierki, a rowerem jeżdżę z pasji...


P.S.
Mistrzostwa Polski to też okazja do spotkania się z ludźmi, których raczej rzadko widuję na innych imprezach, no i przede wszystkim był czas na rodzinne zwiedzanie stolicy:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz