czwartek, 7 lipca 2011

7. Oberlausitzer-MTB-Marathon

Dziwny przypadek, kolejny start i trzeci raz pod rząd  w Niemczech u naszych zachodnich sąsiadów. Tym razem padło na maraton. Kameralna imprezka w kurorcie Jonsdorf koło Zittau w Górach Żytawskich.
Co mnie skłoniło, by wystartować w tej imprezie? Kolega Mike z Niemiec zaproponował mi ten wyścig. Więc postanowiłem szybko skontaktować  z organizatorami, czy jest możliwość płatności na miejscu. Dostałem odpowiedź potwierdzającą. 7 euro, za dystans 25 km do śmiech na sali.
Trasa zapowiadała się dość ciekawie- 780 m przewyższenia na 25 m.
 Na wyścig wybraliśmy się kwartetem: Tedzik, Kiełbas, Dragon i ja. Wszystko fajnie, ale pogoda była niezbyt nastrajająca. Około 10'C i deszcz...I to nie jakiś deszczyk lajtowy, tylko ulewa non stop. No ale humory nas nie opuszczały. Na miejsce dotarliśmy w miarę szybko, jak to bywa na niemieckich drogach.
Odebraliśmy numerki oraz pakunki z podarkami w postaci pompki Zefala...
Tu na maratonie każdy dystans ma osobny start. Kiełbas jako hardcorowiec wybrał rundę 65 km, Tedzik 50 km, a ja z Dragonem optymalne 25 km. W sumie bardzo się cieszyłem, że dokonałem takiego wyboru, ponieważ warunki były ekstremalne...
Na pierwszy ogień poszedł Kiełbik- o 10:00- 65 km, następnie- Tedzik- 10:1 i ja z Dragonem o 10:30.  W momencie naszego startu o 10:30 przywaliło niesamowicie. To nie był deszczyk tylko ulewa.
Start po asfalcie, lekko cały czas do góry. Po chwili asfalt zmienił się w teren i przewężenie, ale caly czas było pod górę. Przez chwilę Dragon jechał pod górę przede mną. Jak zwykle sie natrudziłem, by go dogonić i wyprzedzić. Podjazd był w miarę, jednakże trakcję utrudniała wymyta nawierzchnia i ciągle spływające strugi wody. Na zjeździe nie szalałem, Ci którzy zostali na podjeździe mnie dogonili. Jednakże miałem świadomość, że przed nami niedługo dłuuugi podjazd. Tam obrałem jedno tempo i posuwałem się do przodu. Do 15 km bardzo mi się dłużyło. Na podjazdach było gorąco mi, a na zjazdach czułem jak przenika mnie zimno. Nie wspomnę, o tym, że non stop padał deszcz. Na końcówce ok. 5 km przed metą dosłownie było chyba oberwanie chmury...Zrobiło się tak ciemno, że nic nie widziałem przez zachlapane okulary. Na końcówce dałem z siebie wszystko. Po przybyciu na metę, cieszyłem się, że wybrałem dystans 25 km...
Zająłem 6. miejsce w kat. M3. Organizacja, fajna trasa, sprawiło, że za rok jeśli będę mógł to się tam pojawię:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz