niedziela, 10 lipca 2011

Grand Prix MTB Lubuskiego # 3

Nic z rana nie zapowiadało takiej pogody. Było pochmurnie i dość rześko...Wstałem dość wcześnie, ponieważ małżonka opuściła dom o 7 rano pozostawiłem sobie trochę czasu na spakowanie siebie i syna na wyjazd. O 8:00 byłem już z Igorem w aucie. Po chwili zjawili się stali kompani: Tedzik i Dragon i ruszyliśmy na podbój Ochli. Z  tą edycją Grand Prix Zielonej Góry wiązałem nadzieje na zajęcie wysokiego miejsca. Drugą edycję na terenach MOSIR'u opuścilem...na rzecz treningu. Wpierw udaliśmy się do Adasia, gdzie czekała juz moja żona, i tam zostawiłem Igora. Po chwili wróciłem na Ochlę, gdzie chłopaki mięli dla mnie już numerek startowy. Szybkie przebieranko i objazd trasy. Tym razem runda była lekko krótsza- 6,5km, niemniej nie za łatwa. Dwa sztywne podjazdy...i jeden a'la trawa dobijający. Mnie coraz bardziej przerażał upał. Z minuty na minutę robiło się upalniej. I to mnie w pewien sposób przerażało.
Punkt jedynasta wystartowaliśmy. Trzymalem swoje tempo, jednakże na pierwszym z podjazdów czułem, że ten wyścig to nie będzie to. Nie czułem tego w korbach. Na dwóch garbach Tedzik poszedł jak strzała, więc powtórzyła się sytuacja z Żary XC 2010. Upał po prostu mi nie służy. Z okrążenia na okrążenie traciłem moc. Nawet nie było mowy by rywalowi, który mnie wyprzedza utrzymać koło, nie mówiąc o kontrataku. Pomimo to na "jagodach" jak mawiają zielonogórscy bikerzy udało mi się za każdym razem podjechać.
Na 4- ostatnim okrążeniu przed wierzą Bismarcka doszedł mnie mój przyjaciel Adaś, krzycząc- "Kris- po 6 latach, w końcu!!!". Adam był  za bardzo zdetronizowany by mnie pojechać, że chyba za bardzo w to uwierzył. Ale ja wzbierając w sobie resztki siły na płaskim odcinku przed "jagodami"  lekko odpocząłem i tuż przed wjazdem na ten najsztywniejszy podjazd na rundzie wyprzedziłem mojego ostatniego oponenta

Wiedziałem, że jeśli tu nie zaatakuje Adaś odniesie tryumf. I udało się...To było jedyna pozytywna chwila tego wyścigu. Dziś nie walczyłem z rywalami. Byli mi obojętni. Dziś walczyłem z samym sobą i marzyłem by w końcu ta masakra się skończyła.

 Ostatecznie zająłem 20 miejsce open i 8 w M3 z czasem 01:20:27-jednym słowem słabiutko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz