poniedziałek, 19 grudnia 2016

BIORACER Challenge 2016- Chemnitz

fot.bike-pixx.de
Kolejny start w przełaju, na który wybrałem się tylko z Łukaszem do Chemnitz, był ostatnią edycją  BIORACER Challenge 2016. Tym razem pogoda oraz warunki były typowo przełajowe: zimno, wietrznie, mokro, a na trasie błoto pod różną postacią, ale właśnie w tym o to chodzi, właśnie tak ma być!
Chemnitz przywitało nas ulewą, po dojściu do biura zawodów wróciliśmy do auta zmoknięci, na szczęście był to ostatni opad tego dnia przed wyścigiem.



Na godzinę przed startem postanowiłem objechać rundę, żeby wiedzieć co mnie czeka, ponieważ aż tak dobry nie jestem by jechać w ciemno.
Runda z powodu wcześniej wspomnianych opadów nie wyglądała jak wszystkie poprzednie wyścigi przełajowe, w których brałem udział do tej pory(3). W końcu to wyglądało jak przełaj. Błoto, maź, błoto i jeszcze raz błoto. Wody nie było, ale było błoto. Po objechaniu trasy, tzn. bardziej przypominało to walkę z podłożem niż płynną jazdę, zmuszony byłem do umycia roweru, który po prostu już nie wyglądał.
Łukasz ustawiał się już na starcie a ja wskoczyłem do auta by oczekiwać totalnego zniszczenia. Podczas obserwacji zmagań zawodników nasuwały mi się różne myśli: po co to wszystko?, czy to ma oby jakikolwiek sens? Jednak już o 14-ej chwile zwątpienia minęły i zacząłem rozgrzewkę na 15 minut przed startem. Deszczu nie było, ale silny, zimny wiatr potęgował uczucie chłodu, niemniej jednak nie byłem sam.
!4:15 zjawiłem się na starcie, tradycyjnie ustawiłem się w ostatniej linii i wyruszyłem na podbój rundy wokół Chemnickiego velodromu. Jak się okazało po starcie nie jechałem ostatni. Zauważyłem, że grupa zawodników poruszających się w mniej więcej moim tempie ma problemy z trakcją, a mnie się udawało jechać w miarę po swoim zaplanowanym torze. Na trasie znajdowało się parę technicznych smaczków i widziałem, że mam przewagę techniczną nad rywalami, brakowało jednak mocy by ich wyprzedzić. Na jednym ze zjazdów, który ominąłem na objeździe trasy rowery same zjeżdżały, a ich właściciele ich gonili.

 Postawiłem wszystko na jedną kartę i zaryzykowałem- udało się zjechać. Nie było to takie straszne jak z początku się wydawało...Niestety, na którymś z okrążeń, chyba przed ostatnim na podejściu (ściance) osunąłem się z rowerem w dół i straciłem wcześniej wywalczoną pozycję. Pokonałem  4 rundy, które jak stwierdzam były baaardzo ciężkie. Ale w końcu o to w tym chodzi. W wynikach jak zwykle zamknąłem tyły: 20 pozycja na 22 osoby. Więc ktoś powie: czy to ma sens? Tak! Przełaj jest bardzo fajny, przed czterdziestką mam kolejny bodziec, który mnie nakręca do działania. Jesień jak na razie nie była nudna, a niebawem już będziemy mieli znów wiosnę.
W tym miejscu chciałbym przytoczyć parę zalet jazdy przełajem:
1. Poprawiasz technikę- rower górski wybacza pewne błędy, przełaj już nie!
2. Odporność na pogodę- gorszej pogody na wyścigu już nie będzie.... latem, więc żaden przyszły wyścig nie będzie Ci straszny.
3. Rower przełajowy jest uniwersalny, daje swobodę: można trochę szosy, trochę lasu...Jedziesz gdzie chcesz...Sprawdza się również w miejskiej dżungli.
4. Po przygodzie z przełajem na wiosnę z chęcią wrócisz  do MTB.

To są tylko moje spostrzeżenia, a Ty się sam nie przekonasz dopóki nie spróbujesz, ale do takich decyzji potrzeba czasu, trzeba dojrzeć, bo gdy zaczynasz przygodę kolejny rower w domu może wydać Ci się ekstrawagancją....MTB, szosa, CX....Trochę się tego nazbiera...sam zobaczysz, to tylko kwestia czasu....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz