niedziela, 25 lipca 2004

Mistrzostwa Europy w Maratonie MTB Wałbrzych


 Takiej okazji nie można było zmarnować! ME w Polsce i jeszcze tak blisko Żar. Wyjazd o 5 rano nie napawał mnie optymizmem, ale czego się nie robi dla tych rowerów.


Na miejscu byliśmy pkt. 7.00. Usytuowanie imprezy już mi się podobało. Duże miejsce parkingowe.  W Zamku Książ odebraliśmy gadżety i numery startowe. Ekipia na starcie standard- Kris, Bartuch, Juras oraz Wojtek. Nasze dziewczyny – Zocha i Kamila jako obsługa medialna, a Szeker jako obsługa techniczna. Wśród zawodników ujrzałem parę znajomych twarzy, ale też dużo nowych. Pogoda dopisywała. Start pkt. 10:00. Ostro po trawie. Bartuch uciekł  mi już od razu. Nieźle nas pogonili po tej trawie. Z góry i pod górę. Aż się zagotowałem. Już po pierwszych metrach wiedziałem, że niestety i dziś nie nawiążę walki z Bartuchem. Także odpuściłem sobie i starałem się złapać równe tempo. Początek trasy był poprowadzony pod publikę, ale mi osobiście dał w kość. Choć zazwyczaj start jest moja mocną stroną to dziś się nie popisałem.
Trasy za bardzo nie pamiętam, ale gdzieś na 15 km jako tako zaczęło mi się jechać. Odcinek po tłuczniu kolejowym przypomniałem sobie od razu. A potem był chyba podjazd tak błotnisty, że niestety trzeba było pchać.  I w tym momencie wyprzedził mnie Grzegorz Golonko. Starałem się go gonić, ale błoto i upał coraz bardziej wyciągały ze mnie siły. Na tym podbiegu doszedłem laskę. Z którą później jechałem większość drogi pod „Chełmiec”. Laska nieźle dawała radę. Przyznam szczerze, że nie lubię długich podjazdów, ale ten na szczyt „Chełmca” już w zeszłym roku przypadł mi do gustu. Także dawałem radę i wraz z nieznajomą laską pykaliśmy bardziej zmęczonych bikerów.
Na zjeździe z Chełmca nie szarżowałem tak jak w zeszłym roku. Wszędobylskie błoto było zbyt zdradliwe by słabiej zaciskać klamki hamulca. Na szczęście udało mi się uniknąć wywrotki. Po bardziej technicznych zjazdach był dość szybki zjazd po kamieniach, na którym doszła mnie już znajoma laska. Nie dałem się jej od razu. Podkręciłem  lekko  i odjechałem jej. I tak ciągnąłem dalej. Gdy gdzieś na 40 km dopadł mnie mały kryzys. Na całe szczęście po chwili dotarłem do bufetu i wciągnąłem POWER BARA. No i po chwili laska jest już za mną . W Gorcach nie daję jej rady i mi odjeżdża. Ehh, te kobiety. Później już tylko walka z samym sobą. I tak do mety. 5 km przed metą organizatorzy zrobili nam niespodziankę. Dojazd po trawie. A tuż obok gładki asfalcik. Ale w końcu to MTB, co nie? No i chwilę przed metą dopadam laskę, która złapała gumę. Co za szkoda, pomyślałem sobie. I uradowany zafiniszowałem na mecie wyprzedając 2 kolesi.
 
Ogólnie uważam impreze za 1 klasa. Mimo tego, że nie zobaczyłem Gunn Rity DhaleJ)
WYNIKI: 52 km:
Kris 90 open/ 58 M2- 3:17:34
Jurek 192 open/ 99 M2- 3:47:41

WYNIKI 104 km
Bartek 157 open/ 110 M2 6:34:44

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz