sobota, 30 lipca 2005

Maraton MTB Kowary

W końcu udało się zliczyć jakiś Maraton MTB. Był to pierwszy w mojej krótkiej karierze. Wstałem wcześnie blisko 5 rano zawsze jak jest jakieś ważne wydarzenie to ciężko mi zasnąć i szybko się budzę, dużo o tym dniu myślę i w ogóle trzęsiawka chyba za bardzo się przyjmuje. Do Kowar wybraliśmy się na trzy auta ( kibice też chcieli jechać ) w pierwszym : KRIS – KASIA – SZEKER – PEDROS , drugim : ŁUKASZ z tatą ZDZISŁAWEM , a trzecim JA i rodzinka, wiec uzbierało się nas troszkę. Wszyscy spotkaliśmy się już na miejscu na boisku miejskim gdzie miał być start.


Dzień wcześniej w Kowarach była wichura wiec na miejscu nie wielu było bikerów. Troszkę to nas zaniepokoiło tym bardziej ze niewielu zawodników było przed nami, ale godzinkę przed startem zaczęło się już rozkręcać. Ubrani, rozgrzani, stoimy na starcie i jak by to było mało ze adrenalina mnie paraliżowała i widząc innych zawodników zastanawiałem się po co tu przyjechałem. Odbijając chip okazało się że nie działa L do ostatnich sekund przed startem wymieniłem chyba 6 a i tak nic nie dało nie było już czasu żeby wklepać nowy w komputer wiec pojechał nr 42 bez działającego chipa ale sędzia wiedział wiec kontrolowali moje czasy i było ok. 11:00 START! Samochód prowadzący prowadzi peleton przez pół boiska rozciągamy się i na drogę około 4 km asfaltu dojazd do jedynasto kilometrowego podjazdu pod górę. Na szosie walka o dobre pozycje przed wjazdem na teren, a my trzymamy się razem- SZEKER ciągnie do przodu, niektórzy wariaci chodnikami cieli, patrzę Kris przez chwile jest jednym z nichJ. Na wyścigu nic się nie liczy nawet zdrowy rozsadek i ludzie spacerujący po chodnikach wszystko jest ich ( i tak trzymać J ). Zjeżdżamy z asfaltu, zaczyna się mordęga, nachylenie – trudno powiedzieć ale nie było małe, podłoże kamieniste i ciągle zmienne. Troszke nas wytelepało. SZEKER odskoczył, pocisnął do przodu nie dając szans go dogonić, PEDROS leciał za nim. Ciężko z reszta było się zorientować kto gdzie i za kim. Dobrze, że wiedziałem tylko jedno ze jadę za KRISEM i staram się utrzymać koła jak najdłużej, obok ŁUKASZ i ciut za nami ZDZISŁAW. Jedziemy tak razem ładnych kilka kilometrow utrzymujac stale tempo i nie forsując się. Kolarze byli już rozciągnięci teraz zostało tylko po kolei zdobywać miejsca i piąć się w górę. KRIS twardo trzymał stałe tempo, kilku kolarzy chciało zaszaleć i zaczęli nas wyprzedzać nie było to rozsądne akurat na tym podjeźdźie bo szybko można było się spompować, nie mniej jednak liczy się chwila. Brak mojego doświadczenia spowodowało to ze ta sytuacja mnie zmusiła i nie patrząc na nic, wiedząc ze w każdej chwili jak to często bywało na treningach mogę się zadusić i klapa z dalszej jazdy ruszyłem za nimi. Jechałem, jechałem i jechałem ile sił jak wariat dogoniłem PEDROSA, po jakimś czasie SZEKRA i miedzy nimi wielu innych zawodników, oglądając się za siebie dostrzegłem ŁUKASZA pewnie tez mu nerwy puściły i tak sobie jakiś czas jechaliśmy, ścigaliśmy się w trojkę a było gdzie podjazd był morderczy, kąt nachylenia i szlak jakim się wspinaliśmy dawały ostro popalić. Kilkanaście stromych podjazdów schodziłem z rowerka i na piechotkę. Podejście było tak samo szybkie jak podjeżdżający SZEKER . W całym ferworze walki nikt z nas już nie wiedział kto gdzie jest. Jechałem z SZEKEREM aż do 1 bufetu tam zaliczyłem pierwszy upadek, po pokonaniu trudnego 11 kilometrowego podjazdu zaczął się krótki szybki zjazd po dziwnym podłożu, strasznie niebezpiecznym bo koła zachowywały się jak by jechały po grząskim piachu, a jechało się po ostrych kamieniach (tłuczeń taki) zarzucało całym rowerem i tak za 3-4 km do bufetu tam rozpędzony nie wyrobiłem i poślizgiem się to skończyło ale ok. SZEKER jest po sekundzie już przy mnie i chyba zrezygnował z dłuższego postoju na nim. Ja zachwycałem się obfitością rzeczy na stole, zacząłem ucztować, kubki leciały mi na głowe i plecy chłodząc moje zgrzane ciało przez chwile było bosko ale czas wracać na szlak. Punkt kontrolny numerek cos tam zapisali i jadę. Zaczynają się tabliczki UWAGA – jakieś wykrzykniki, o co chodzi? No i się po chwili dowiedziałem ostry szybki przez chwilkę zjazd przez błoto, kałuże rozpędzony nie wiedziałem co zaraz będzie, aż moim oczom ukazał się wąwóz czy cos takiego gorzej już być nie mogło. W swojej młodości dużo chodziłem po górach ale nigdy nie po takich ciężkich szlakach zejście nie zjazd ale ryzykowałem. Goniłem SZEKERA i ujrzałem cos, co w telewizji mi mroziło krew w żyłach przelot przez kierownice. SZEKER nie zapanował nad rowerem, koło się zakleszczyło w szczelinie zjazd był tak pionowy ze nie było innej możliwości tylnie koło samo się odrywało i wyprzedzało górą . Ciężko to sobie wyobrazić- ale wyleciał jak z procy rower nad nim, który wykonał ze dwa obroty jak nic w powietrzu, a SZEKER chyba pierwszy raz w życiu figurę akrobatyczna zwana saltem z lądowaniem na plecach w skałach- widok przerażający. Kilka ciepłych słów „ stary żyjesz „ SZEKER twardy jak głaz wstaje i tylko „spoko-spoko” zobaczymy na dole „dawaj dawaj”, z przerażeniem i ciągle w oczach widok latającego SZEKERA wyciszył mnie, ze szlaku już strasznie ostrożnie przez chwilkę oczywiście, nie można chcieć wygrywać nie ryzykując więc ognia w dół. Mieliśmy około 5-6 km zjazdu a raczej zejścia po tych kamolach, trasy nie opiszę bo się nie da, tempo ślimaka i tylnie koło oderwujące się od kamieni i chcące cię wyprzedzić górą, bardzo często kilkanaście metrów jechało się na przednim kole, tak było stromo a przedni hamulec grzał się do czerwoności, skoki na kamieniach – różnica wynosiła do metra tak wiec nie było można całego odcinak zjechać co chwile trzeba było się zatrzymywać, rower na plecy i jazda biegiem to wąwozu przejść to konary to strumień i urwiska taka była urozmaicona trasa - miłe przeszkody. Podczas zatrzymywania się przed jedną z takich przeszkód historia się powtarza jak SZEKER przelatuję przez kierownice, tylne koło znowu wygrywa nie kontrolowane przelatuje wraz z rowerem nade mną. Lądowanie na plecach rzecz jasna a rower za mną, usłyszałem tylko głuchy dźwięk uderzającej ramy o kamienie wiedziałem ze rama nie wyjdzie z tego upadku bez szwanku, po upadku nie byłem w stanie wstać podczas lotu ( liniami air-pol) coś mnie uderzył w łydkę silny skurcz sparaliżował mnie na ładnych parę minut – rower uuf cały nie było widać wgniecenia warstwa błota na rowerku i na mnie nie pozwalała szybko określić strat, na dole okazało się jednak ze rama nie jest jednak taka cała jest w niewielkim stopniu wgniecona i zarysowana tak jak ja i wszyscy śmiałkowie na trasie w Kowarach. Teraz to dopiero powoli się zjeżdżało po upadku cały się trząsłem i strach nie dawał mi dać z siebie wszystko mijam jakiegoś strażaka, było ich pełno na trasie zabezpieczenie medyczne i inne służby czuwające nad bezpieczeństwem kolarzy. Zjeżdżając strażak krzyknął „chłopie zejdź z rower tu wszyscy schodzą” ale było już za późno wpadłem w jakieś koleiny pedała trzeszczały obijając się o kamienie, buty się wypięty i jechałem jak na rodeo, ale udało się – żyje. W końcu widzę koniec mordęgi, na dole zaczynał się szutr i ostro na pedała średnia na szutrze była wysoka tam można było nadrobić wszystkie niefortunne upadki. Garstka kibiców i kolarzy z innego wyścigu przy trasie ostro dopingowała tekstami typu „ dajesz dajesz „ więc jade. Mam czas na myślenie i orientacje SZEKER za mną ze 30sekund Przed zjazdem KRISU siedział nam na ogonie PEDROS chyba zaraz za nim ale gdzie ŁUKASZ po pewnym czasie się okazało był już za mną kilkanaście kilometrów i jechaliśmy chwile razem do 2 bufetu ja oczywiście ucieszony korzysta, odpoczywam bo jeszcze jedna pętla przed nami taka sama trasa wiec regeneracja sił. ŁUKASZ troszke skromniej nie wiem czy w ogóle się zatrzymał. Po chwili już jestem sam. Jadąc najedzony i opity dogania mnie jakiś biker siada mi na koło lecz moja prędkość jest po bufecie zbyt niska dla niego zaraz mnie wyprzedza starałem się dotrzymać mu towarzystwa lecz chyba przesadziłem z arbuzami ucieka mi po paru minutach. Chwile po nim dogania mnie następny nie chcąc zostać w tyle walczę ostro, widzę że go denerwuje chyba samotny jeździec za wszelką cenę chciał mnie zostawić, stara się na ostrych podjazdach przyspieszać, pierwsza próba jestem za nim druga ja się nie daje choć czuję że to mnie wykańcza takie szarże ale niedoświadczenie i cheć dokopania mu nie pozwala mi przestać gonie go i się spalam. Odjechał rzecz jasna ale nabrałem tempa i już tak się piąłem.
 Tempo jazdy spadało z każdym kilometrem,  zmęczenie dawało popalić, ale jakoś doszedłem grupe kolarzy w której znajdował sie ŁUKASZ. Jednak nie byłem w stanie ich dogonić tak dojechałem do 3 bufetu jak zwykle nie omieszkałem się zatrzymal kilka kubków wodu na głowe i jazda w dół znowu ten wąwóz bo inaczej nie mogę tego nazwać. Przy takich stromych zjazdach i ostrych technicznie ręce strasznie dostawału popalic ledwo co trzymało się tą kierownice nadgarstki na wyczerpaniu ból i strach, taki gył ten zjazd. Po tym to już tylko szutr i końcówka asfaltu wyścig do mety ostatnie kilometry ostry sprint pokazówka przez miasto, wjazd na murawę boiska i META.
ŁUKASZ już mnie tam witał zaraz po mnie KRISU i sekundy po nim PEDROS ledwie napiłem się i jedzie nasza zguba SZEKER już wiadomo co go zatrzymało złapał dwie gumy i ostatnie kilometry jechał na kapciu i za SZEKEREM , ZDZISŁAW.


Podsumowanie – trasa w Kowarach nie należała do najłatwiejszych, w skali od 1-6 miała 5.5 wiec nie było łatwo, nikt się nie dowie jak jej nie przejedzie więc nie ma o czym tu mówić. Siedzeniem w domu chłopaki nic nie zwojujecie a na pewno nie dowiecie się co to znaczy przejechać maraton mtb.


text by Kiłebik
Wyniki:
  1. Łukasz:    27 open,  5 M1- 2:34:28,35
  2. Arek:       35 open, 20 M2- 2:40:14,03
  3. Kris    :     37 open, 22 M2- 2:46:41,82
  4. Szeker:     47 open, 8 M1- 2:59:53,67
  5. Zdzisław:   48 open, 5 M4- 3:00:02,03

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz