poniedziałek, 25 kwietnia 2005

Siodło XC 2005

Wyścig ten będzie chyba do końca mojej przygody z MTB najważniejszym
wyścigiem, ponieważ to właśnie w Siodle 24 IV 2005r. po raz pierwszy mogłem
zmierzyć się z ludźmi którzy mają podobne zamiłowanie - jazda na rowerze.
      Wszystko było przeciwko temu, abym dotarł na ten wyścig, nawet mój wysłużony VW Golf, który nie chciał odpalić godzinę przed wyścigiem. No, ale w końcu udało mi się szczęśliwie dotrzeć na miejsce wyścigu. Na miejscu od razu
zauważyłem znajome mi twarze z Żarskiego światka MTB, oraz wiele, o wiele
więcej niż się spodziewałem bikerów. Wyciągnąłem rower z samochodu i
postanowiłem się rozgrzać. Trasa wyścigu była mi znana, bo tydzień wcześniej,
byłem tam z Kasią, Krisem, Szekerem, Bartuchem, Bobrem, Pająkiem i jego synem,
więc nie musiałem się martwić, że coś mnie tam zaskoczy, zwłaszcza, że pętla
miała 5 km.
    Prawdę mówiąc, to nie za dobrze pamiętam wszystko, co się działo po
starcie. Gdy sędzia machnął chorągiewką, zauważyłem jak poszczególni zawodnicy
wyprzedzają mnie z każdej strony. Trema i zdenerwowanie nie pozwoliły mi chyba
rozsądnie myśleć, bo nie umiałem przebić się przez tłum. Tak było przez jakieś
pierwsze 500m. Gdy grupa się trochę rozciągnęła zobaczyłem Bartucha.
Postanowiłem go dogonić i trzymać się aż do mety. Uspokoiłem się, gdyż
wiedziałem, że to doświadczony i dobry zawodnik, i że przy nim nie zginę J.
Trzymałem się Bartka przez 2 okrążenia, lecz nie pamiętam żebyśmy kogoś
wyprzedzali, trochę mnie to zaniepokoiło, nawet zapytałem się go: " Bartuch,
kiedy będziemy wyprzedzać?". Miałem nadzieję, że ci wszyscy zapaleńcy po woli
będą słabnąć, a ja wprost przeciwnie J, lecz na 3 okrążeniu zaczęły mnie boleć
nie nogi, lecz o dziwo PLECY. Ból był tak silny, że na każdym zjeździe ( a były
chyba dwa na pętli) zamiast przyśpieszać, musiałem się prostować, aby trochę
odciążyć zbolałe mięśnie. Trasy także nie pamiętam, jedynie jakieś poszczególne
elementy, cieszę się że nie mam pulsometru, bo jakbym zobaczył tętno, to bym
chyba zszedł z roweru. W uszach słyszałem każde uderzenie serca, byłem tak
skupiony na jeździe, że nawet nie widziałem mojej dziewczyny Gosi, która mi
kibicowała. A przecież przejeżdżałem koło niej 3 razy, nie licząc mety, na
której to ona mnie znalazła, bo ja chyba byłem w jakimś szoku.
    Jeśli chodzi o moje subiektywne odczucia, to wyścigowi brakowało
jakichś dodatkowych 10 km, bo dopiero pod koniec poczułem przypływ energii i
mocniej przycisnąłem. Niestety to było już ostatnie okrążenie. Gdy przyjechałem
na metę, myślałem że już nikogo za ma nie ma, jak się okazało myliłem się.
    Ogólnie z jestem z siebie bardzo zadowolony, wiem, 11 open i 8 w grupie to nie
jest żadna rewelacja, ale chciałbym podkreślić, że rower kupiłem pamiętnego 12
II i od tego dnia zacząłem "treningi". Z mojego wyniku jestem zadowolony tym
bardziej, ze spodziewałem się zająć miejsce w ścisłej końcówce, a tu taka
niespodzianka.
    Start w Siodle jest dla mnie szczególnie bogaty w nowe doświadczenia.
Teraz wiem, że jeszcze duuuużo pracy i wysiłku muszę włożyć w treningi. Wiem,
nad czym się powinienem skupić, no i chyba najważniejszy wniosek wzmocnić dolne
mięśnie grzbietu! Ważna jest także współpraca z innymi zawodnikami, lub
zawodnikiem, co pozwala osiągnąć lepszy rezultat. Niestety powodu braku
umiejętności tej umiejętności jechałem połowę wyścigu sam, co zapewne wpłynęło
negatywnie na zajęte przeze mnie miejsce.
    Podsumowując: atmosfera wyścigu była wyśmienita, przynajmniej jak dla
mnie. Nie przeszkadzała mi nawet muzyka Disco polo, którą zawzięcie serwował
nam Pan D.J. " Mietek". Po grupowym zdjęciu i rozdaniu zwycięzcom pucharów
wszyscy się rozjechali do domów. Z imprezy wracałem zadowolony i dumny z
siebie, gdyż już przed zawodami psychicznie się nastawiłem na to, że będę
ostatni, a tu taka niespodzianka. Myślę, że Siodło XC 2005, to była dla mnie
bardzo ważna lekcja, z której dużo wyniosę. Teraz trzeba trenować dalej,
podobno w czerwcu kolejny wyścig w Żarach.
Text powered by Lord Żmija

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz