środa, 5 maja 2010

3, 2,1...Karpacz!

Powerade® Suzuki MTB Marathon to dla mnie synonim MTB... Nie ma co...Grzegorz Golonko potrafi zrobić imprezę, szczególnie jeśli chodzi o poziom trudności trasy.
Drugi start w sezonie połączony z rodzinnym wypoczynkiem w górach. Można uznać to za ciekawe połączenie. Ekipa do jazdy była więc się nie nudziłem...
Strat w maratonie dla mnie jak na chwilę obecną to spore wyzwanie. I tak też było w tym wypadku. Pamiętając trudy z poprzedniego roku do wyścigu podchodziłem z dużym dystansem. Podobnie jak rok temu wybrałem dystans MEGA- 51km, ale tym razem zdecydowałem jechać na własny rachunek- rok temu jechałem towarzysząc Adamowi- a bardziej go goniąc...
Na starcie jak zwykle panowała sielanka. Bardziej stresuje mnie start w regionalnym XC anieżeli w maratonie. Stałem z ekipą mniej więcej w połowie stawki.
START! I po strzale startera ponad 30 sekund w plecy do czołówki...Na początku miałem za zadanie utrzymać koło Bartuchowi który jak zawsze ostro idzie na starcie. Tym razem Bartuch nie jechał zbyt mocno, co bardzo mi odpowiadało. Niestety po chiwli czułem, że sztyca znów mi się obniża.... Powiedziałem Bartuchowi, że musze stanąć. I na wysokości Muzem Zabawek stanąłem na chwileczkę by dokręcić sztyce. Minęło kilka chwil, Bartucha straciłem z oczu, ale obiecał lekko zwolnić bym mógł go dogonić. I tak tez było, zanim skręciliśmy w las jechaliśmy już razem. Widzieliśmy przed sobą Zdzisława, który nieźle pociskał, ale nie starałem się za wszelką cene go dojść by nie stracić sił. Jechaliśmy razem z Bartkiem, a na pierwszych zjazdach była nerwowa atmosfera, niektórym bardzo się spieszyło, co owocowało wywrotkami. Ja wolałem gdzie niegdzie zbiec by wyjść cało z imprezy.
No i tak jak organizator opisywał trasa nie należała do łatwych. Niektóre odcinki się pokrywały,. A niektóre były nowe. Jednym słowem hardcore na maxa. Podobał mi się zjazd do Drogę pod Reglami. Akurat pod moje umiejętności. Po ponad 2 h jazdy czułem, że mam już sporo w nogach. Jednak cały czas oszczędzałem siły na podjazd pod Chomontową. Gdy zacząłem podjazd skasowałem stoper by wiedzieć na czym stoję. Do połowy odcinka szło mi słabo, ale potem jakoś zebrałem się i zacząłem przyspieszać. Powiem szczerze, że sporo ludzi tam wyprzedziłem, dogoniłem nawet Romana Pietruszkę z RFM, który jechał GIGA. Także to mnie też podbudowało. Po Homontowej myślałem już tylko o mecie, jednak, jak na „Golonkę” przystało było jesczze parę zmarszczek, które mnie dobiły. Złapał mnie okropny skurcz, musiałem lekko odpusicić, ale najciekawsze były zjazdy po kamieniach wielkości televizowór, gdzie niegdzie trzeba było po prostu zapodać z buta....
Upatrzyłęm sobie jednego zawodnika, który nie mógłbyć po prostu przede mn a, zebrałem się i na finiszu pojechałem go jak trzeba!
Wynik... no cóż miała być pierwsza setka, ale biorąc pod uwagę fakt, że maraton nie lezy mi dokońca, po prostu na długość jazdy dałem z siebie wszystko. I potrafiłem jechać równo, bez utraty sił.
Jednym złowem Good Job.

Na drugi dzień przyjechali Tedzik I Dargon i wraz ze Złotym, Żółtymi i Bartuchem poprawiliśmy trase, załapując się przy okazji na wyścig czasowy na Odrodzenie, potem Chomontowa, gdzie czas przejazdu względem wycigu miałęm o 2 min krótczy- 17 min!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz