niedziela, 15 sierpnia 2010

XXIV Lech Bike Festival- Maraton...

Pogoda przez cały tydzień nie zapowiadała się tak fajna jaka była na starcie tej imprezy. Nawet wyjeżdżając z Żar ciągle padało...

Tym razem jechałem z Dragonem. Tedzik nie dał rady jechać po nocnej zmianie w pracy. Na starcie był również Tofik, Bartuch oraz Olaf. Start tradycyjnie odbył się spod wyciągu. Jednakże muszę przyznać, że uroki tej imprezy już przeminęły...Jednym słowem...KOMERCJA< KOMERCJA to jest to co mnie....
Chociaż, za 50 PLN, dostałem wypasiony T-shirt, smycz SIGMY, dwie taśmy odblaskowe więc nie jest żle...
Do rzeczy... Start spod wyciągu pod Lolę...Czyli tradycja... Tras taka jak w 2006...Początek lekko pod górę, a potem bardzo szybko i co? Jadąc z Tofikiem i Bartuchem goniąc Dragona na jednym z zakrętów usunęło mi się przednie koło i... ups...gleba. Byłem w lekkim szoku...Trochę obolały. Musiałem przestawić kierownice i ruszyłem dalej. Niestety chłopcy mi juz odjęchali. Na początku ciężko było mi złapać rytm. Nawet "laski" zaczęły mnie wyprzedzać. Ale po chwili byłem już w zmotywowany... jak nigdy. Zacząłem odrabiać straty. Już mialem na horyzoncie Tofika, a po chwili był już mój...ale po chwili zgubiłem trase i chłopaki mi znów odjechali... A, że singiel nie był zbyt łatwy więc szybko nie mogłem ich dojść, ale jak już singiel skończył doszedłem Tofika i Bartucha... Zamieniliśmy parę słów i zaczęliśmy się wspinać na jeden z najwyższych punktów na trasie... I nóżka jakoś zapodawała i chłopcy zostali w tyle, a po chwili doszedłem Dragona, ale bez SRS. No i po chwili skonczył się podjazd i zaczął zjazd...Ale już uważałem...Ciąłem się z jednym gościem na pięknym S-WORKSIE carbonowym... On pykał mnie na zjazdach a ja na podjazach i tak dotarłem na 11 miejscu open... Nie było źle....aczkolwiek plan był na 2 rundy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz