niedziela, 25 lipca 2010

Krosno Odrzańskie MTB

Otwarte Mistrzostwa MTB Krosna Odrzańskiego zapamiętam na zawsze. Po pierwsze trasa była dość wymagająca, a po drugie złapałem gumę, a po trzecie okropnie mi się jechało.

Do rzeczy...Trasa usytuowana w centrum miasta, poprzecinana serpentynami oraz z praktycznie z dwoma zjazdami, które raczej nie były wymagające.
Krosno Odrzańskie MTB

Start na asfalcie, a po chwili runda po parku. Jechałem w czubie, ale już na pierwszym kółku czułem się fatalnie, byłem mega wzdęty...a do tego poczułem, że w tylnym kole schodzi mi powietrze. W połowie 2-ej rundy stanąłem by dobić powietrza do koła i to był błąd, bo na 4 kółku historia się powtórzyła...Powietrze znów zeszło. Więc musiałem zmienić dętkę, ale nie miałem pompki, bo mój nabój już zużyłem. Na całe szczęcie zjawił się kolega Adam z ZG i porzyczył pompeczkę, więc w miarę sprawnie udało mi się zmienić koło, aczkolwiek w sumie straciłem ok. 7 min.

Niestety gdy ruszyłem na trasę nie było już mocy...Moc zeszła wraz z powietrzem. Jechałem po prostu swoje, a 8 na kółku dogonił mnie Tedzik- czyli zrobił mi dubla, ale nie przejałem się tym, a wręcz przeciwnie ucieczyłem bo nadjechał gość, który jeździ moim tempem i mogłem trzymać mu koło. I tak przejchałem z Tedzikiem 2 rundy i jezcze jedną sam... Wyścig ukończylem na 48. poz open i 15 M3. z czasem 01:51:36.

Teraz najwżniejsze by dobrze pojechać na własnym terenie- Żarach, ale z doświadczenia wiem, że będzie to najcięższy wyścig sezonu.

czwartek, 22 lipca 2010

Izery trip

W środowy upalny poranek wybrałem się z moimi trening partnerami do Szklarskiej Poręby. Wyjazd planowałem od dawna, bo raz w roku wypada pojeździć bezstresowo w górach.

niedziela, 18 lipca 2010

IV MTB Łagów

Po krótkim urlopie nad morzem postanowiłem po powrocie na drugi dzień wystartować w IV MTB Łagów. Trasa była mi trochę znana z 2007 roku. Jedyne obawy związane z wyścigiem to przede wszystkim organizacja, jednak która okazała się troche lepsza niż w I edycji tejże imprezy.
Galeria

poniedziałek, 28 czerwca 2010

III edycja Grand Prix MTB Zielonej Góry

27 czerwca 2010 odbyła się III edycja Grand Prix MTB Zielonej Góry, a zarazem VI wyścig zaliczany do Grand Prix MTB Lubuskiego. Jak na razie wziąłem udział łącznie z tym wyścigiem w 4 imprezach zaliczanych do GP LUBUSKIEGO. Pierwsza wypadła mi Kargowa ponieważ organizowaliśmy wyścig dla dzieci, a drugi wyścig w ZG wypadł mi tydzień temu gdzie startowałem w Niemczech na 24h

Pogoda zapowiadała się dobra, ciepło, nie za gorąco. Na miejsce startu- czyli Ochlę wybraliśmy się ja, Tedzik i tofik oraz moja wspaniała rodzinka. Igor korzystając z pogody mógł na miejscu z kolegami- Tymonem i Szymonem popluskać się w wodzie na kąpielisku.

Trasa tym razem nie była tak ciekawa jak miała miejsce miesiąc temu. W sumie nie zdążyliśmy jej objechać bo runda miała aż 11 km.

11:00- start. Start był bardzo szybki, udało mi się nawet utrzymać tempo pierwszej grupy- ok. 4 km gdzie było naprawdę płasko. Potem zaczęły się piachy i jazda nie była taka łatwa. Od pierwszych metrów ścigałem Rafała Celucha, by utrzymać mu koło. Jechało się dobrze. Pierwszą rundę jechaliśmy razem, było nas sporo. Na drugiej rundzie dogoniłem Kiełbika, który po sobotniej imprezie weselnej nie był w swojej dyspozycji więc jechał ze mna. Niestety zaraz po chwili musiałem się zatrzymać, ponieważ znów sztyca mi zjechała. Pociąg odjechał mi, a podwyższenie sztycy trwało może z 10-15 sek. Kiełbik wziął sprawę w swoje”nogi” i dociągaliśmy do grupy gdzie miałem już dwóch rywali ze swojej kategorii. Praktycznie na pierwszym z podjazdów doszliśmy grupę, w której m.in. był Tedzik, Olaf, Dragon. Na jednym z podjazdów próbowałem odskoczyć rywalom i tak tylko Tedzik i Kiełbik zostali. Między nami byli też inni zawodnicy. Jednak dopiero cała akcja była na trzeciej –ostatniej rundzie, gdzie miałem jeszcze jednego rywala z PRO RACE TEAM, który ostatnio po prostu mnie objeżdzał. Po tym jak na poprzedniej z rund udało mi się dojść grupę, która na tak płaskiej trasie wolno przecież nie jechała, po czułem moc i stwierdziłem, że nie mam na co czekać i musze atakować. No i wszystko rozegrało się na jednem z piaszczystych podjazdów, a potem pod wierzę bismarcka. W między czasie doszliśmy jeszcze jedną grupę, gdzie jechał Szeker, BIKESTACJA.PL<SMS>, jednak gdy Kiełbas dał mu zmianę nie utrzymałem koła...W sumie odskoczyło nam dwóch zawodników z M2, ale oni mnie tak naprawdę nie interesowali. Zostawiłem dwóch z M3 za sobą i plan wykonałem. Kiełbik i Tedzik wykonali piękną drużynową jazdę, za co im dziękuję. Wyścig ukończyłem na 4. lokacie w M3, 16 open wjeżdżając z Tedzikiem i Kiełbikem razem na mete z czasem: 1:23:44.



Grand Prix MTB Zielonej Góry # 3




poniedziałek, 21 czerwca 2010

Heavy 24h MTB Race, Chemnitz

W ostatni weekend wystartowałem w Heavy 24h MTB Race w Chemnitz w Niemczech. Był to długo oczekiwany wyścig, ponieważ było to nowe doświadczenie. Wyścigi 24- godzinne są coraz bardziej popularne na zachodzie Europy. Można startować solo, w parze lub w drużynie 4 lub 8 osobowej. My jako debiutujący na takiej imprezie wystawiliśmy ośmioosobowy skład: Kiełbik, Tomek No Hands, Tedzik, Tofik, Barthez, Bartuch, Żółty oraz Kris czyli ja no i P.a.w.e.l, który był naszą obsługą w wolnych chwilach...

W Chemnitz zameldowaliśmy się na miejscu o 9:00, gdzie organizator od razu nas rozpoznał i po angielsku dowiedzieliśmy się wszystkiego na temat zasad rozgrywania wyścigu. Po odebraniu numerków, chipów, koszulek, transpordera rozbiliśmy swoje obozowisko w którym mieliśmy wszystko: począwszy od oraz scyzoryka przez wszelkiego rodzaju koksy na trenażerze kończąc. Później zapoznaliśmy się z 8,8 km rundą, która wbrew pozorom nie była zbyt łatwa. Początkowe kilometry były bardzo szybkie - szuterek lekko z górki i pod górkę następnie przechodząc w techniczne single. Na jednej rundzie było 150 m przewyższenia.

Formuła wyścigu polegała na tym kto lub która z drużyn przejedzie jak największą liczbę okrążeń w ciągu 24 godzin.

Start zaplanowany był na 12:00. Na pierwszy ogień poszedł Kiełbik. Od pierwszej rundy wypracował 5. miejsce, które utrzymał na następnym okrążeniu. Następnie jechał: Żółty, potem Bartuch, Tofik, a następnie ja, potem Tedzik, Barthez i zmianę zakończył Tomek No Hands. Mieliśmy opracowany system wczesnego powiadamiania przez radio. Każdy był odpowiednio powiadomiony przez radio kiedy ma się stawić w strefie zmian,

Na pierwszej z rund jechało mi się w miarę, szczerze mówiąc ujechałem się, wykręcając 27,5 km/h średnią. A single były wprost cudne...Pomimo sporej liczby uczestników można było śmiało wyprzedzać. I tak szło wszystko fajnie do momentu gdy Tedzik na którejś z początkowych rund zerwał łańcuch, a następnie Damian Reczuch aka Tofik urwał hak i przerzutkę w wyniku czego łącznie straciliśmy ponad 11 minut spadając na 9.pozycję.

Na całe szczęście Bartuchowi udało się wtargować u niemca hak do Tofikowego No Shita za jedyne cejn ewro! Po szybkim serwisie zawodnicy mogli kontynuować jazdę. Z okrążenia na okrążenia odrabialiśmy straty, jednak przeciwnicy byli czujni. W nocy każdy z zawodników jechał dwie rundy pod rząd by inni mogli się przespać, jednak tak naprawdę nie było mowy o jakimkolwiek śnie...Ja tak jak przeczuwałem trafiłem na moment gdy zapadał zmrok. Nie lubie tego momentu, ale jakoś sobie poradziłem. Natomiast na nocnej zmianie każdy walił 2 okrążenia. Ciekawe jest, że większość z nas mogła podziwiać piękną nocą panoramę oświetlonego Chemnitz dopiero na 2 kółku...Od godzin rannych walka o pozycję przyjęła poważny charakter, ponieważ drużyna weszła na 7. pozycję a do następnej traciła ok., 13 minut. Także wszyscy zawodnicy dawali z siebie wszystko, a ostatnie zmiany były tak szybkie jak w sobotnie popołudnie. Ostatnią rundę jechałem w sobotę ok. godz. 11:00, dobrze się rozgrzałem na rolce, dobrze nasmarowałem nogi i pełen mocy i wiary w zwycięstwo pomknąłem na ostatnią swoją zmianę. Wykręciłem 18:33, co dało 3 czas z moich najlepszych. Szczerze mówiąc, gdybym jechał na wynik indywidualny nie dał bym z siebie tyle co dla drużyny...Pełne zaangażowanie wszystkich zawodników doprowadziła drużynę Alfa Wil na 6. pozycję, a piąte miejsce było naprawdę blisko, bo do drużyny poprzedzającej zabrakło jedyne 29 sekund!!! Kiełbik pokazał lwi pazur- tak się zapędził, że aż trzasnął 15 rund. Ja, Tedzik, Bartuch i Żółty po 9, a Tofik, Tomek i Barthez po 8. Jednym słowem nie da się tego słowami opisać. Trzeba tam po prostu być i przeżyć. Jednym słowem- świetna zabawa, dobra integracja drużyny i mam nadzieję, że zawitamy tam za rok.

Wyścig w liczbach: łącznie przejechaliśmy prawie 700 km i wdrapaliśmy się na 11250m npm.





Heavy 24 h MTB race Chemnitz

sobota, 5 czerwca 2010

Górale na Start- Szczawno Zdrój

Wspominając miło imprezę z poprzedniego roku postanowiłem i w tym sezonie odwiedzić tą piękną miejscowość, tym bardziej, że pogoda zapowiadała się bardzo dobra.

Do Miasta MTB jak piszą na stronie Górali na start wybrałem się można rzec ze stałą ekpią: Tedzik i Dragon, oraz z moją familjadą gdzie Igor mój- 3 letni synek miał również wystartować na szczawnickim deptaku.
Jeszcze przed zapoznaniem się z rundą zdąrzyłem udzielić wywiadu dla lokalnej młodzieżowej telewizji: BreakTV.
Dragon miał zaraz startować więc nawet nie zdarzył objechać trasy, a my z Tedzikiem oraz Zdzisławem skoczyliśmy na objazd rundy...
Ku mojemu zaskoczeniu trasa okazała się o wiele trudniejsza względem roku poprzedniego. Większość rundy prowadziła po znanych odcinkach z Grand Prix MTB Czesława Langa. Długość lekko ponad dwa kilometry, ale bardzo techniczna, tym bardziej, że błoto na trasie zalegało nie miłosierne w połączeniu z korzeniami nie dawało to sporej dozy bezpieczeństwa na zjazdach, natomiast na podjazdach koło buksowało. Ale Kris lubi wyzwania...
Przed zaplanowanym startem elity i mastersów na godzinę: 13:00 wystartowały szkrabiątka, czyli mój IGOR. Igor był jednym z najmłodszych chłopców biorących udział w wyścigu. Igor wprost nie mógł doczekać się startu. Zajął 4 miejsce, a tata i mama byli strasznie z niego dumni.
Po 13-ej atak. Ruszyłem spokojnie... W lesie było tak ślisko, że granitowe płyty były pokryte delikatnym mchem i nawet na tym koło się kręciło jak na lodzie. Od razu odnalazłem swoje miejsce w peletonie. Jechałem z Tedzikiem, Zdzisławem i konkurentem z mastersów. Początek był świetny, nawet prowadziłem w/w stawkę, jednak upał dał mi się we znaki. O tym, że nie lubię upałów przekonałem się kolejny raz, ponieważ z rundy na rundę słabłem. Runda była najeżona ciekawymi zjazdami, natomiast najgorszy był ok. 100 m podbieg pod górę, gdzie nie szło jechać...przynajmniej jak dla mnie...Błoto zalepiało również pedały. Na przed ostatniej rundzie Tedzik zaatakował i niestety nie utrzymałem już koła...Rywalizację ukończyłem na 2 miejscu w Mastersach. Już dziś wiem, że jeśli tylko będę mógł za rok wrócę na trasę w Szczawnie...



.



Górale na Start # 2- Szczawno Zdrój

niedziela, 30 maja 2010

3...2...1... Grand Prix Zielonej Góry czas zacząć...

Pocztą pantoflową dotarła do mnie wiadomość, że trasa będzie wymagająca...Co bardzo mnie uciszyło. I taka też była...Runda była prawie, że identyczna jak w sezonie 2008 w ostatniej edycji, a miłe wspomnienia z tamtej imprezy wzbudziły we mnie poztywne emocje i odrazu nastawiłem się dobrze do wyścigu, a to przecież jest najważniejsze...
Lubię rywalizację na "swoim" podwórku, gdzie mogę ciągle porównywać się do tych samych rywali, jest wtedy możliwość odniesienia się do wyników.

Na wyścig wybrałem się z Tedzikiem i Dragonem. To jak na razie z nimi najwięcej trenuje. Niestety Dragon SRS nie mógł wystartować z przyczyn formalnych. Po szybkich zapisach i przebraniu się szybko ruszyliśmy na rundę by ocenić skalę jej trudności. Po ponad dwóch sezonach ścigania się na Ochli oraz kilku współnch trenigach z Adasiem przyznam szczerze, że tamtejsze ścieżki nie są tajemnicą dla mnie. Konfiguracja pierwszej edycji GP bardzo przypadła mi do gustu jak już wcześniej wspominałem. Dość długie podjazdy, przeplatane krótszymi, lecz stromszymi odcinakmi, dość ciekawe sigle to co lubię najbardziej.

3.2.1. start! Z trzeciego rzędu od razu złapałem swój rytm i jechałem swoje. Muszę przyznać, że chyba dopiero w tym sezonie rogryzłem jak na należy dobrze rozegrać początek wyścigu, być może ma na to wpływ to, iż ścigam się mniej więcej z tymi samymi ludźmi.

Niestety dokładnego przebiegu rywalizacji nie pamiętam, lecz mogę napisać szczerze, że jechało mi się na prawdę dobrze. Trzymałem równe tempo. Tym razem Tedzik nie był w dobrej dyspozycji i nie utrzymał mi koła, by jechać drużynowo. Jednym z ciekawszych podjazdów była tzw. ściana płaczu,gdzie większość ludzi butowała a ja jechalem- w sumie na 2 rundach z 4. Widziałem całyczas w zasięgu wzroku Rafala Celucha, jednak zabrakło i tym razemby go dojść...Ale udało mi się wyprzedzić Speedka- podobnie jak na wspomnianej edycji GP ZG w 2008. Reszta stawki z M3 jest poza zasięgiem. Sześciu zawodników z TOP TEN to moi rywale- Mastersi. Rewelacyjnie pojechał jak zwykle Kiełbik, a Olaf jeden z młodszych czlonków mojego klubu jak dlamnie okazał się objawieniem sezonu- na 2rundzie poszedł jak strzała, jednak brak wytzrymalości i doświadczenia u tak młodej osoby zaowocowała 5 minutową stratą na mecie do mnie. Niemniej chłopak ma potencjał i oby się rozwijał....

A ja skończyłem wyścina 17 pozycji open i 9 wM3...


Grand Prix MTB Zielonej Góry # 1

Komentarze (0)

poniedziałek, 17 maja 2010

Sulechów MTB 2010

Tradycyjnie w maju zaliczam wyścig w Sulechowie. Jak zawsze miło wracam na trasy tych okolic. Co prawda nie są to góry, ale jak ktoś chce to można się nieźle zaorac.

Tak też było i tym razem. Pogoda nie rozpieszcza nas i przy ok. 9’c punkt 11:00 wyruszyliśmy na trasę. Ustawiłem się w pierwszym rzędzie co ułatwiło mi jazdę na początku rywalizacji, ponieważ sulechowska trasa ma to do siebie, że z początku jest bardzo wąsko, a zalegające błoto utrudniało wręcz zbiorowy przejazd.

Start miałem bardzo dobry, rzekłbym , że nawet bardzo. Utrzymałem koło nawet grupie prowadzącej, gdzie na przedzie szedł jak przecinak jakby nie było nasz nowy lider klubu- Arek Kiełbasa pseudonim – Kiełbik. Koło praktycznie utrzymałem czołowej grupce do wjazdu na pętle, później towarzystwo zaczęło się rwać. W mojej kategorii miałem przed sobą dwóch rywali- Macieja i Oscar- jednak w połowie pierwszej pętli spadłem na 4 pozycję. -- ---- Myślę, nie jest źle, -ale za wszelką ceną starałem się dogonić poprzedzającego mnie rywala. Powiem szczerze, że kolesie z innym kategorii mnie nie interesowali. W połowie drugiej rundy kolega z SOGEST wywalił w błotku łazana, a że jechałem za nim straciłem rytm i parę sekund, i w tym momencie dwóch rywali z M3 mnie wyprzedziło. Pocisnąłem co sił, ale, że był to płaski odcinek nie za bardzo mi szło... Rywali widziałem przed sobą... Pod koniec 2 rundy dojechał do mnie Tedzik i wtedy zaczęliśmy jechać razem. Na 3 rundzie kolega Oscar osłabł, a także miał defekt siodełka, więc został za mną. Przed sobą miałem widok zawodnika z Ranta więc Tedzik mnie wspomagając pozwolił mi na jego dojście. Na jednym z końcowych podjazdów nie zostawiłem przeciwnikowi złudzeń kto rządzi na podjeździe... Na dojazdówce do mety Tedzik zarzucił niesamowite tempo, a mój wróg- wiatr nie pozostawł złudzeń, że nie dojde dwóch zawodników z M3 którzy byli przede mną. Tedzik tak podkręcił, że nogi miałem jak z kamienia...on zdarzył dogonić przed metą moich konkurentów, a ja już nie.




W sumie rywalizację skończyłem na 4m. w M3 i 12 open to jedno oczko wyżej a niżeli w gubińskiej edycji GPL.


Po wyczerpujących 47 km jak zwykle było pełno niesamowiych wrażej z dość wyczerpującej trasy.Komentarze (0)

środa, 5 maja 2010

3, 2,1...Karpacz!

Powerade® Suzuki MTB Marathon to dla mnie synonim MTB... Nie ma co...Grzegorz Golonko potrafi zrobić imprezę, szczególnie jeśli chodzi o poziom trudności trasy.
Drugi start w sezonie połączony z rodzinnym wypoczynkiem w górach. Można uznać to za ciekawe połączenie. Ekipa do jazdy była więc się nie nudziłem...
Strat w maratonie dla mnie jak na chwilę obecną to spore wyzwanie. I tak też było w tym wypadku. Pamiętając trudy z poprzedniego roku do wyścigu podchodziłem z dużym dystansem. Podobnie jak rok temu wybrałem dystans MEGA- 51km, ale tym razem zdecydowałem jechać na własny rachunek- rok temu jechałem towarzysząc Adamowi- a bardziej go goniąc...
Na starcie jak zwykle panowała sielanka. Bardziej stresuje mnie start w regionalnym XC anieżeli w maratonie. Stałem z ekipą mniej więcej w połowie stawki.
START! I po strzale startera ponad 30 sekund w plecy do czołówki...Na początku miałem za zadanie utrzymać koło Bartuchowi który jak zawsze ostro idzie na starcie. Tym razem Bartuch nie jechał zbyt mocno, co bardzo mi odpowiadało. Niestety po chiwli czułem, że sztyca znów mi się obniża.... Powiedziałem Bartuchowi, że musze stanąć. I na wysokości Muzem Zabawek stanąłem na chwileczkę by dokręcić sztyce. Minęło kilka chwil, Bartucha straciłem z oczu, ale obiecał lekko zwolnić bym mógł go dogonić. I tak tez było, zanim skręciliśmy w las jechaliśmy już razem. Widzieliśmy przed sobą Zdzisława, który nieźle pociskał, ale nie starałem się za wszelką cene go dojść by nie stracić sił. Jechaliśmy razem z Bartkiem, a na pierwszych zjazdach była nerwowa atmosfera, niektórym bardzo się spieszyło, co owocowało wywrotkami. Ja wolałem gdzie niegdzie zbiec by wyjść cało z imprezy.
No i tak jak organizator opisywał trasa nie należała do łatwych. Niektóre odcinki się pokrywały,. A niektóre były nowe. Jednym słowem hardcore na maxa. Podobał mi się zjazd do Drogę pod Reglami. Akurat pod moje umiejętności. Po ponad 2 h jazdy czułem, że mam już sporo w nogach. Jednak cały czas oszczędzałem siły na podjazd pod Chomontową. Gdy zacząłem podjazd skasowałem stoper by wiedzieć na czym stoję. Do połowy odcinka szło mi słabo, ale potem jakoś zebrałem się i zacząłem przyspieszać. Powiem szczerze, że sporo ludzi tam wyprzedziłem, dogoniłem nawet Romana Pietruszkę z RFM, który jechał GIGA. Także to mnie też podbudowało. Po Homontowej myślałem już tylko o mecie, jednak, jak na „Golonkę” przystało było jesczze parę zmarszczek, które mnie dobiły. Złapał mnie okropny skurcz, musiałem lekko odpusicić, ale najciekawsze były zjazdy po kamieniach wielkości televizowór, gdzie niegdzie trzeba było po prostu zapodać z buta....
Upatrzyłęm sobie jednego zawodnika, który nie mógłbyć po prostu przede mn a, zebrałem się i na finiszu pojechałem go jak trzeba!
Wynik... no cóż miała być pierwsza setka, ale biorąc pod uwagę fakt, że maraton nie lezy mi dokońca, po prostu na długość jazdy dałem z siebie wszystko. I potrafiłem jechać równo, bez utraty sił.
Jednym złowem Good Job.

Na drugi dzień przyjechali Tedzik I Dargon i wraz ze Złotym, Żółtymi i Bartuchem poprawiliśmy trase, załapując się przy okazji na wyścig czasowy na Odrodzenie, potem Chomontowa, gdzie czas przejazdu względem wycigu miałęm o 2 min krótczy- 17 min!